„Shot”
through the heart
through the heart
|1|
- Tomlinson, złaź z boiska! – wrzasnął Des wskazując
dłonią na ławkę obok niego.
- Trenerze, no jak to?! – Szatyn stanął na środku
murawy i ze złością w oczach zaczął machać rękami, które raz wznosiły się ku
niebu, a raz opadały do ziemi.
- Złaź i nie dyskutuj! – Dobrze zbudowany mężczyzna
zagotował się, a na jego twarzy pojawiły się wypieki. Tak było zawsze, gdy ktoś
nie chciał go słuchać. Cóż, Louis nie należał do ludzi, którzy robią wszystko,
co im się każe, więc nie raz sprawiał, że w Desie aż wrzało.
Chłopak w końcu przestał stawiać opór i z nietęgą
miną usiadł na ławce. Przyglądał się dalszym poczynaniom swoich kolegów z
drużyny. Codziennie, a przynajmniej dwa razy w tygodniu, chłopaki grali mini
mecze między sobą. Oczywiście Tommo jako pierwszy zostawał wybierany przez
„kapitanów” obu zespołów, ale także jako pierwszy schodził z boiska. Często był
wręcz brutalny w swojej grze. W oczach trenera ratowało go tylko to, że gra z
ogromną pasją i determinacją, co w dzisiejszych czasach naprawdę jest ciężko
spotykane.
- I jak tam, Lou? Znowu jesteś zmuszony siedzieć na
tym niewygodnym kawałku drewna? – zapytał leniwie chłopak o czekoladowych,
gęstych lokach, stukając palcem wskazującym o powierzchnię ławki.
-Niestety – odburknął i ciężko wzdychając odwrócił
głowę w stronę osobnika siedzącego tuż obok. – A ty, Styles, nie powinieneś być
przypadkiem w szkole?
- Przypadkiem nie powinienem – uśmiechnął się
szeroko. – Skończyłem lekcje już dawno. W sumie trochę nudziło mi się w domu,
więc postanowiłem wpaść. Zabiorę się z tatą w drodze powrotnej.
Harry był synem Des’a. Ku zdziwieniu wszystkich,
absolutnie nie byli do siebie podobni. Jeden umięśniony, średniego wzrostu, z
dość szorstkim wyrazem twarzy, a drugi delikatnej budowy, sympatyczny, zawsze
uśmiechnięty. Nie tylko wygląd ich różnił, ale i zainteresowania. Syn
kompletnie nie miał chęci do grania w piłkę nożną tak jak jego ojciec. Mimo
tego czasem lubił posiedzieć na trybunach lub na ławie rezerwowych i pooglądać
ten jakże prymitywny dla niego sport. A najbardziej ze wszystkich zawodników,
podopiecznych swojego taty, lubił właśnie Louis’ego. Znali się już kupę czasu,
ale mimo tego relacja między nimi nie zeszła na etap przyjaźni, czego
kędzierzawy chłopak pragnął od dawna. Po prostu lubił sposób bycia tego
niesfornego szatyna, jego poczucie humoru i ten jego słodki głos…
- Nie chciałbyś wpaść do nas z wizytą? Zjadłbyś
kolacje, może zagralibyśmy w jakąś grę na Playstation… Co ty na to? –
zaproponował Styles jak gdyby nigdy nic i zaczął się rozglądać po boisku tak,
żeby stwarzać wrażenie zainteresowanego sytuacją.
- Wiesz, z chęcią, ale… - Zawsze musiało być jakieś
„ale”. – Mam dużo nauki, muszę napisać kilka zaległych kartkówek. Trochę tego
jest, wierz mi. Następnym razem przyjdę na pewno, obiecuję. – Lou posłał
swojemu koledze serdeczny uśmiech i zeskoczył z ławki, gdy tylko usłyszał dźwięk
gwizdka, który oznaczał koniec meczu. Bez słowa oddalił się, aby stanąć w
szeregu.
„No tak, jak zwykle musi znaleźć jakąś wymówkę.
Jego strata…” – Harry wzruszył ramionami i przeciągnął się leniwie. Podszedł do
piłki turlającej się po murawie i kopnął ją lekko. Cóż, chyba nie był stworzony
do tej dyscypliny, bo piłka nawet nie chciała się ruszyć gdzieś dalej.
Zrezygnowany, zamruczał cicho i skierował się wolnym krokiem w stronę szatni.
Tuż obok niego przebiegali młodzi piłkarze – chcieli jak najszybciej wziąć
prysznic, ubrać się i mieć już dla siebie czas wolny. Nagle chłopak poczuł, że coś trzyma go za
ramię. Odwrócił się i napotkał promienną twarz Louis’ego.
- Hej! Harry! Zapomniałem podziękować ci za
zaproszenie. Jak tylko odbębnię wszystko to, co muszę zrobić, chętnie umówię
się z tobą na jakąś małą rundkę na Play’u. Co ty na to?
- Ja… - zaczął – bardzo chętnie.
W odpowiedzi Tommo skinął tylko głową i pobiegł za
swoimi kolegami. Pozostawił Stylesa w tyle.
|2|
Louis włożył klucz do zamka i przekręcił go dwa
razy. Drzwi otworzyły się. Jego oczom
ukazał się widok wypolerowanych na błysk podłóg, czystych dywanów, równo
poukładanych w przedpokoju butów. To wszystko to sprawka mamy. Ta kobieta
uwielbiała mieć porządek w domu, a jej syn kompletnie na odwrót – niezły był z
niego bałaganiarz.
Chłopak ściągnął swoje adidasy i postawił je obok
różowych kapci swoich sióstr, aby nie zakłócać panującego tam porządku. W mieszkaniu
panowała cisza, co oznaczało, że nikogo jeszcze nie było. Wpadł pierwszy, lecz
dziewczęta wraz z mamą powinny być lada chwila.
Podreptał spokojnym krokiem do kuchni, wyciągnął z
lodówki karton soku pomarańczowego i upił z niego kilka łyków. Odstawił
wszystko na miejsce i wlazł po schodach na drugie piętro, prosto do swojego
pokoju.
Ściany były zielone. Wnętrze wyposażone było w dość
sporych rozmiarów łóżko, dużą szafę, szafkę nocną, na której stała lampka,
budzik i książka o gwiazdach footballu oraz biurko z komputerem, równo ułożonym
stosem podręczników, zeszytów i magazynów. Nawet tu mama dała popis... Chłopak
nie przywykł do czystości w swojej sypialni, lecz wciąż czuł się tu najlepiej.
Lou rzucił swoją torbę gdzieś na podłogę i wziął ze
sterty pierwszy zeszyt z góry. Rzucił się na łóżko i poprawiając poduszkę,
otworzył notatnik na ostatnim temacie lekcji. Matematyka była jego piętą
achillesową, zawsze miał problem z liczeniem. Nikt nie umiał mu wytłumaczyć
nawet stosunkowo łatwych rzeczy. Korepetycje na nic się nie zdały. Odrzucił
więc zeszyt na bok i wygodnie rozłożył się na łóżku. Nawet nie zauważył, gdy
jego oczy same się zamknęły…
Obudził go dopiero łagodny głos Lottie, najstarszej
z jego sióstr.
- Pssst, Louis… Lou… Pobudka! – Dziewczyna lekko
potrząsała jego ramieniem.
- Hm? – mruknął przecierając oczy.
- Wstawaj, śpiochu. Zaraz będzie obiad. A
właściwie… Obiadokolacja – zachichotała cicho i przycupnęła sobie tuż obok
brata.
- Mama uparła się, że musimy jeść wszyscy razem.
Jesteśmy głodne, litości, człowieku, litości!
To zadziałało na niego jak nic innego. Od razu
zerwał się z łóżka i żwawym krokiem poszedł do kuchni ciągnąc za sobą Lottie. Usiadłszy
do stołu od razu zabrał się za pochłanianie swojej porcji indyka z ryżem i
dziwnie małymi kawałkami warzyw. Matka uśmiechała się do niego serdecznie,
widząc, jak jej syn pochłania z zapałem przygotowany przez nią posiłek,
bliźniaczki szturchały się nawzajem i chichotały, a Lottie i Fizzy siedziały w
spokoju i ciszy, od czasu do czasu usadawiając się na krześle. Niezręczną ciszę
przerwał dzwonek do drzwi.
- Któż to może być? W porze obiadowej raczej nie
miewamy gości… - powiedziała brązowowłosa kobieta. Wstała z miejsca i podeszła
do drzwi wycierając jednocześnie dłonie o swój biały fartuszek. Nacisnęła
klamkę, drzwi otworzyły się. A przed nimi stał…
- Niall, ach, to ty. Wejdź do środka. – Mama
odeszła od gościa i z powrotem wróciła do kuchni. Odruchowo wyciągnęła z szafki
komplet sztućców i przygotowała talerz z solidną porcją jadła, które za moment
przyniosła na stół.
Niall Horan, Irlandczyk, szczupły blondyn z
okrągłą, wesołą twarzą tak często przebywał u Tomlinsonów, że nikt nie zwracał
już na niego zbytnio uwagi, a jego osobę traktowano jak członka rodziny. Nikogo
nie zdziwiło więc, że chłopak po krótkim przywitaniu dosiadł się do reszty i ze
smakiem zaczął przegryzać kawałki mięsa.
- Słyszałem, że dzisiaj znowu dostałeś czerwoną
kartkę – powiedział blondyn spoglądając na Louisa znad talerza.
- Tak, to prawda… Ale to nie moja wina, ci idioci
nie potrafią grać – syknął. – A swoją drogą, skąd o tym wiesz?
- Harry mi powiedział – rzekł ze spokojem.
- Ach, Harry… - W tej chwili w głowie Louisa
pojawił się obraz uśmiechniętego chłopaka o bujnych lokach, dołeczkach w
policzkach i szerokim uśmiechu. Nawet sam Tommo nie mógł powstrzymać się od
cichego, rozweselonego westchnięcia. – Mówił ci coś jeszcze?
- Chyba nie. A raczej na pewno nie – poprawił się
szybko.
- Miły chłopak z tego Harry’ego – powiedziała
kobieta, dolewając córkom soku do szklanek. –Ostatnio pomógł mi wnieść zakupy
do domu. Widać, że jest dobrze wychowany.
- Raczej wytresowany – Niall nie mógł powstrzymać
się od komentarza, podczas gdy zbierał z talerza resztki ryżu.
- Zdyscyplinowany, kochanie. Takich chłopców jak on
jest coraz mniej – westchnęła kobieta wykrzywiając się w nieco sztucznym
uśmiechu.
- E tam – rzucił, odsuwając od siebie pusty już
talerz. – Ja tam swoje wiem, proszę pani. Jeśli jest tylko zdyscyplinowany, to
dlaczego nie ma przyjaciół?
Nastąpiła dość… Niezręczna cisza. Jay, mama Lou,
postanowiła nie drążyć więcej tego tematu, nie chciała dopytywać, dlaczego
Harry nie posiada swojej „paczki”. To byłoby nie na miejscu.
- Zaproś kiedyś go do domu, Lou – powiedziała.
|3|
- Jeśli kąt alfa ma 64 stopnie, to kąt beta ma… - powtarzał
na głos Harry. Czekał go test powtórkowy z matematyki. Jednak kędzierzawemu
chłopakowi wzory, działania i teorie nie wchodziły tego dnia do głowy.
- Ugh, jeszcze raz… Jeśli kąt alfa ma… Chwila, ile
stopni ma ten kąt?
Komórka zadrżała. Ktoś przysłał SMS’a. Nastolatek
wyciągnął ku niemu rękę, odblokował urządzenie i spojrzał na wyświetlacz.
Jednak wiadomością okazało się zwykłe powiadomienie o upływie ważności konta…
- Totalna porażka – chłopak podparł głowę dłonią i
westchnął. – Nie rozumiem… Odpycham tych ludzi, czy jak? Przecież nie gryzę,
nic się nie stanie, jeśli ktoś od czasu do czasu się do mnie odezwie…
- Nie przejmuj się – odpowiedział mu cichutki,
trochę piskliwy głosik. – Jesteś bardzo fajny, najlepszy brat, jakiego można
sobie wyobrazić!
Harry odwrócił się i ujrzał przed sobą Jack’a –
jego młodszego brata. Był bardzo podobny do niego. Miał tak samo piękne,
zielone oczy i kręcone, czekoladowe włosy. Sześciolatek był dość wysoki jak na
swój wiek. Miał sprawne, wysportowane ciało, bo Des już od najmłodszych lat
zapraszał go na stadion i kazał mu grać, co małemu niezbyt się podobało. Chciał
być taki jak swój starszy brat, chciał, aby jego zdanie również się liczyło i
nie chciał robić tego, co każe mu tata. Harry wcześniej powtarzał mu, żeby
spełniał swoje marzenia i nauczył się odmawiać, ale takiemu dziecku raczej nie
można było postawić się rodzicom. Nie tylko ze względu na wiek, ale także na reputację
i szacunek, jaki zyskali sobie Styles’owie. Była to po prostu idealna rodzinka.
Gdyby ktoś dowiedział się, że potomkowie Anne i Des’a nie liczą się z ich
słowami mogliby stracić to, na co pracowali przez lata. Straciliby już swoją
pozycję w społeczeństwie, jako „idealni rodzice z idealnymi dziećmi”. Harry,
jako jedyny z mężczyzn w rodzinie nie trenował piłki nożnej, więc rodzinna
tradycja praktycznie legła w gruzach. Ostatnia nadzieja Des’a tkwiła więc w Jack’u.
- Co… Co tu robisz, mały? – zapytał lekko zmieszany
starszy z braci.
- Przyszedłem do ciebie. Drzwi są otwarte. –
Chłopczyk wskazał palcem na wejście do pokoju Harry’ego. Faktycznie, nie
zamknął za sobą drzwi…
- OK, w porządku. Tylko następnym razem zapukaj,
dobrze? Uczyłem się i… Troszkę mnie wystraszyłeś.
- Słyszałem co mówiłeś, Hazz.
- Co takiego? – zapytał, krzyżując ręce.
- Powiedziałeś, że nikt cię nie lubi.
- Wcale tak nie powiedziałem! – głośno zaprotestował.
- Ale tak pomyślałeś. Z resztą… To nieprawda, że
nikt cię nie lubi. Ja cię bardzo lubię. Bardziej niż moich kolegów z
przedszkola, bardziej niż moje nowe, zabawkowe auto, bardziej niż Stanley’a z
piłkarskiej drużyny taty…
Aaawww Jack jest cudowny :D
OdpowiedzUsuń'Ja cię bardzo lubię. Bardziej niż moich kolegów z przedszkola, bardziej niż moje nowe, zabawkowe auto, bardziej niż Stanley’a z piłkarskiej drużyny taty…' - urocze <33
Uwielbiam Twoje opowiadania Majula, Ty o tym wiesz przecież :D
Czekam na dalszy ciąg historii :)
Buziaki xxx
Powiem ci, że jeśli chodzi o wszelkie opowiadania, jestem strasznie wybredna i mało co mi się podoba, ale jeśli chodzi o to opowiadanie, o ten rozdział, to chyba przeszłaś samą siebie.
OdpowiedzUsuńKażde słowa idealnie współgra z kolejnym, co jest przyczyną zdań, które naprawdę czyta się z ogromną przyjemnością.
Pamiętam, że zawsze byłam wrogo nastawiona do wszelkiego rodzaju opowiadań pisanych w 3 osobie, jednak to ma coś takiego w sobie, że forma 3-osobowa, w ogóle mi nie przeszkadza, nie czuje się jej.
Widać, że masz dobry indywidualny pomysł w głowie, który bardzo, dobrze, że przelewasz tu na bloga. Powiem ci, że może z tego wyjść coś naprawdę niesamowitego :)(mam nadzieję, że nie zrobisz z nich gejów) :)
A jeszcze coś, jakbyś mogła mnie powiadamiać o kolejnych rozdziałach na twitterze @Neradii :)
Jeju to opowiadanie jest cudowne! Świetna historia! Czekam na więcej i życzę weny! :))
OdpowiedzUsuńCzy to będzie o Larrym ? bo tak się zapowiada troche ; >
OdpowiedzUsuńa ogólnie to rozdział świetny i lekko się go czyta : ) ciężko się pisze w trzeciej osobie ale Ty zrobiłaś to po mistrzowku ; )
Wow. Świetne. Wchodząc tu tak na prawdę nie spodziewałam się że przeczytam tak dobry rozdział. Na serio, bardzo dobry. Byłabym szczęśliwa, gdybyś mogła powiadamiać mnie o kolejnych odcinkach na tt - @darquina
OdpowiedzUsuńpozdrawiam, życząc pomysłów xx
Przypadkowo napotkałam Twojego bloga na Twitterze i jestem pod wrażeniem. Jeszcze nie czytałam opowiadania, w którym bohaterem był Louis jako sportowiec - piłkarz.
OdpowiedzUsuńBardzo przyjemnie czyta się Twoje rozdziały. Piszesz z taką lekkością i łatwością. Zrozumiale dla nas, Twoich oddanych czytelników. Chciałabym, żebyś wiedziała, że zyskałaś właśnie kolejną fankę Twoich opowiadań. :)
Byłabym Ci bardzo wdzięczna, gdybyś informowała mnie o nowych rozdziałach na TT .
Nie mogę doczekać się nowego rozdziału.
LOVE,
@AleksLloyd xoxo
Ciesze sie w chuj że mi to przesłałaś <3
OdpowiedzUsuńZajebiste *.*
Czekam na następny. Możesz mnie poinformować o następnych notkach? @Zaawsze_Spoko
Zapraszam do mnie http://beliveinyourlove.blogspot.com/
http://torn-bromance.blogspot.com/
Czesć. To ja @AleksLloyd . Chciałabym tylko poinformować Cię, iż zmieniłam swoją nazwę na Twitterze. I czy istniałaby możliwość, żebyś w razie czego przesyłała mi info o nowych rozdziałach tutaj: @beautiful_xLife ?? Byłabym wdzięczna. <3 x
OdpowiedzUsuńZapowiada się świetnie ;) Louis- piłkarz? Dodawaj następny, bo mnie zaciekawiło ;p
OdpowiedzUsuńPozdrawiam :)
http://and-little-things-1d.blogspot.com/
Świetne!! Wiesz, nigdy się jeszcze nie spotkałam z tego typu opowiadaniami, ale widać są i oryginalni ludzie :* bd zaglądać .;)
OdpowiedzUsuń